"anioł zaklęty w skorupie kamienia"

odkrywanie siebie po kawałku…

Archive for the category “Tłumaczenia A.J.”

„Kapral Pryszybiejew” Antoniego Czechowa

Tłumaczenie uwzględniające wskazówki całej grupy przekładoznawczej Instytutu Rusycystyki UŁ pod kierunkiem pani Profesor Anny Bednarczyk. Życzę przyjemnego spotkania z Kapralem :)

Antoni Czechow

Kapral Pryszybiejew

 

– Kapralu Pryszybiejew! Zostaliście oskarżeni, za obrażenie słowami i czynami strażnika Żygina, zarządcę ziemskiego Aljapowa, i stójkowego Efimowa, światków zdarzenia Iwanowa i Gawriłowa, oraz chłopów, przy czym trzej pierwsi zostali przez was pomówieni i obrażeni w czasie wypełniania obowiązków służbowych, co miało miejsce trzeciego września. Czy przyznajecie się do winy?

Pryszybiejew, pomarszczony kapral z gniewnym wyrazem twarzy, staje na baczność i odpowiada zachrypłym przyduszonym głosem, oddzielając każde słowo z osobna, jakby wydając komendy:

– Pozwólcie wysoki sądzie, sędzio pokoju! Wydaje się, że według wszystkich liter prawa, pojawia się przyczyna poświadczająca o wszelakiej wzajemności w danych okolicznościach. Winny nie jestem ja, a wszyscy inni. Cała ta sprawa przez, pokój jego duszy, martwego trupa! Idę sobie to ja z żoną Anfisoj cicho, dostojnie, patrzę – stoi na brzegu czereda różnego ludzkiego narodu. Według jakiego prawa się tu, ta gawiedź zebrała – pytam? Po jakie licho? Czyżby jakaś ustawa przewidywała, by naród tabunem chodził? Krzyczę: rozejść się! Zacząłem rozganiać hałastrę, żeby się rozeszła do domów, wydałem rozkaz stójkowemu, żeby też przeganiał na cztery wiatry…

– Proszę pozwolić kapralu, nie jesteście ani strażnikiem, ani starostą, – czyżby to wasz obowiązek ludzi rozganiać?

– Nie jego! Nie jego! – słyszy się głosy z kątów sali. – Żyć nie daje, wysoki sądzie! Piętnaście lat cierpim przez niego! Jak wrócił ze służby, to od tamtej pory tylko ze wsi uciekać. Zamęczył wszystek!

– Dokładnie tak, wysoki sądzie! – potwierdza świadek starosta. – Wszyscy bez wyjątku na skargę przychodzimy. Nie da się z nim żyć! Czy to procesja, czy wesele, albo tam okazja jaka, to on łazi i krzyczy, burde robi, porządki chce wprowadzać. Chłopakom uszy naciera, baby śledzi, żeby to jaka plotka nie wyszła, dosłownie świekr jakiś czy co… Onegdaj po chałupach chodził i rozkazy wydawał, żeby pieśni nie śpiewać, żeby ognia nie rozpalać. Prawa takiego, mówi, nie ma, żeby pieśni śpiewać.

– Poczekajcie starosto, wy jeszcze zdążycie wszystko opisać, – mówi sędzia, – a teraz niech Pryszybiejew kontynuuje. Proszę kontynuować kapralu.

– Na rozkaz, wysoki sądzie. – Zachrypiał kapral. – Pozwólcie wysoki sądzie, wyłożyć, jakoby nie mój obowiązek rozganiać ludzi… Prawda, sędzio pokoju… No a jeżeli panuje rozgardiasz? Czysz można pozwalać na to by tłum gwałcił prawo? Gdzie to widnieje zapis w prawie, żeby tłumowi dawać wolną wolę? Nie mogę na to pozwolić, wysoki sędzio! Jeżeli nie zacznę ich rozganiać, wykształcać, to kto zacznie? Nikt pojęcia nie ma o porządkach – prawdziwych. Cały jestem tylko jeden, co mam. Można powiedzieć, wysoki sędzio, że znam się na ludzie prostego pochodzenia, wiem jak się z nimi obchodzić. Ja mogę wszystko rozumieć. Ja nie jestem wieśniak, jam kapral, ja emerytowany starszy kapral, toć to służyłem w Warszawie, w sztabie samym, a zaraz po tym jak poszłem w cywile to, pozwólcie wyłożyć, byłem w strażakach, wielmożny panie, a jak z przyczyn chorobowych porzuciłem straż pożarną to dwa lata w chłopięcej szkole przedgimnazjalnej  pracowałem jako dozorca… Znam wszelakie prawa i porządki. A chłop, wielmożny panie, to prosty człowiek, on niczego nie rozumie i powinien się mnie słuchać, dla tegoż użytku. A wziąć choćby tą sprawę… dla przykładu. Rozganiam tłum, a na brzegu na piasku leży utopiony trup martwego człowieka. A według to, jakiego to prawa on, tak sobie mówię, on tam leży? Czyżby to był porządek? Na co się gapi strażnik? A dlaczego ty, mówię, strażniku nie dajesz znać kierownictwu? Może ten topielec zmarły sam się utopił, a może tu Sybirem pachnie. Może to podlegające karze zabójstwo… A strażnik Żygin żadnej dbałości, tylko papieroska sobie pali. „Cóż to u nas za prowodyr? Skąd on się, mówi, urwał? Co to my bez niego nie wiemy co mamy robić?” Więc ja na to, nie wiesz, durniu głupi, bo stoisz i nie wiesz co do ciebie należy. „Ja, mówi on, jeszcze wczoraj dałem znać komendantowi”. A po kiego… pytam, komendantowi? Według jakich artykułów prawa? A co może taki komendant w przypadku topielców, i tych tam, wisielców i podobnych? To jest sprawa większej wagi. Tu trzeba, mówię mu, zgłoszenie szybko wysłać szanownemu panu śledczemu i wszelakim panom sędziom. I na sam przód powinieneś, mówię mu, napisać sprawozdanie i wysłać do wielmożnego pana, sędziego pokoju. A ten tu, strażnik, słucha i się śmieje. I chłopi z nim. Wszyscy jak jeden mąż się śmiali, wysoki sędzio. Pod przysięgą mogę pokazać kto. I ten się śmiał, i o tamten też, i Żygin się się śmiał. Co, mówię, tak zęby suszycie? A strażnik mi na to: „Do sędziego pokoju, takie spawy nie należą”. I od tego to się dopiero zagotowałem. Tak żeś przecie powiedział, Żygin, prawda? – zwraca się kapral do strażnika Żygina.

– Powiadałem.

– Wszystek naród to słyszał, jak mówiłeś „Do sędziego pokoju, takie sprawy nie należą”. Wszyscy słyszeli… Ja to się zagotowałem, wielmożny panie sędzio, nawet zawstydziłem. Powtórz, mówię, powtórz ty taki owaki, co żeś powiedział! A on to samo… A ja do niego. Jak możesz, mówię, tak mówić o wielmożnym panie sędzim pokoju? Tyś strażnik policyjny, jak możesz tak przeciwko władzy? Co?! Wiesz, że za takie słowa, wysoki sędzia, jeśli mu się zachce, może cię zgłosić do sądu wojewódzkiego, za twoją niesubordynację? A czy ty wiesz, mówię mu, gdzie za takie coś może cię sędzia pokoju wysłać? A zarządca Aljapow na to: „Sędzia pokoju, mówi, poza swoje obowiązki nie może wykroczyć. On się zajmuje tylko drobnymi sprawami”. Tak powiedział, wszyscy słyszeli… Jak śmiesz, mówię, władzę poniżać. Mówię, ze mną nie ma żartów, a w sprawach, o to źle, bracie. W Warszawie bywało tak, albo jak pracowałem jako dozorca, w przedgimnazjalnej chłopięcej szkole to jak usłyszałem takie jakieś słowa nienależyte, to tylko spojrzę na ulice czy nie ma jakiego policjanta: „Podejdź no tu kawalerze” – mówię i mu wszystko objaśniam. A tu we wsi, to komu można wytłumaczyć? … Zeźliłem się. Zrobiło mi się przykro, że naród teraz zatracił się w samowoli i nieposłuszeństwie, zamachnąłem się i… oczywiście nie żeby jakoś mocno, a tak jak trzeba, żeby więcej nie śmiał tak na wielmożnego pana sędziego mówić… Zaczął bronić zarządcę strażnik. To ja i strażnika.. I poleciało… Rozgorączkowałem się, wysoki sędzio, ale przecie bez tego, bicia ani rusz. Jeśli głupiego nie uderzysz, to tak jakbyś miał grzech. A szczególnie jeśli panuje rozgardiasz i samowolka…

– Proszę wybaczyć, a czy pilnowanie tego nie należy do strażnika, starosty i stójkowego?

– Strażnik nie da rady nad wszystkim zapanować, zresztą on nie rozumie tego co ja wiem…

– Proszę zrozumieć, że to nie wasze obowiązki!

– Jak to, wysoki sędzio? Jak to, nie moje? Dziwota jakieś?… Wielmożny panie, hałastra chuligani, i nie moja to sprawa! Mam ich chwalić czy co? Oni się żalą, że im pieśni śpiewać nie pozwalam… A co dobrego w pieśniach? Zamiast zająć się czymś pożytecznym to oni śpiewy… A jeszcze modę sobie wymyślili wieczorami przy ogniu siedzieć. Spać trzeba, a nie chichry i gatki szmatki. Mam zapisane, wysoki sędzio!

– Co takiego?

– Kto przy ogniu siedzi.

Pryszybiejew wyjmuje zapisaną kartkę z kieszeni, zakłada okulary i czyta:

– Chłopi siedzący przy ogniu: Iwan Pracharow, Saawa Nikiforow, Piotr Pietrow. Wdowa po żołnierzu Szustrowa, żyje w nielegalnym romansie z Siemionem Kisłowym. Ignat Swierciok zajmuje się czarną magią, a żona jego Marta jest wiedźmą – chodzi nocami i doi cudze krowy.

– Wystarczy! – przerywa sędzia i zaczyna przesłuchiwać świadków.

Kapral Pryszybiejew podnosi okulary na czoło i z zadziwieniem patrzy na sędziego, który jak wszystko wskazuje, nie jest po jego stronie. Oczy kaprala zaczynają się błyszczeć, nos robi się czerwony. Patrzy na sędziego, na świadków i zupełnie nie może zrozumieć, dlaczego sędzia jest tak wzburzony i dlaczego ze wszystkich kątów słychać poruszenie i powściągliwy śmiech. Nie jest dla niego zrozumiały też wyrok: miesiąc aresztu!

– Za co?! – pyta rozkładając z niedowierzania ręce. – Na jakiej podstawie?

I zrozumiał, że świat się zmienia i że żyć nie ma jak na tym świecie. Mroczne i przygnębiające myśli zaczęły się kłębić w jego głowie. Wychodząc z sali rozpraw, widząc zgromadzonych chłopów o czymś to rozmawiających, z przyzwyczajenia, nad którym nie może zapanować, staje na baczność i krzyczy ochrypłym, rozgniewanym głosem:

– Luuudzie! Rozejść się! Nie tłoczyć się! Do domów, raz!

Tłumaczenie opowiadania „Szczęśliwy ojciec” J. Pietrowa i I. Ilfa

Jewgienij Pietrow, Ilja Ilf

Szczęśliwy ojciec

 

               Towarzysz Skrzynecki oczekiwał na powiększenie rodziny. Gdy zbliżał się czasrozwiązania, pałętał się między biurkami współpracowników i cicho mamrotał pod nosem:

               – Chłopiec czy dziewczynka? To mnie teraz interesuje, towarzyszko Mario! A jeśli będzie dziewczynka, jak mam ją nazwać?

               Sprawa powiększenia sławnego rodu Skrzyneckich Marię Chciwiecką właściwie nie interesowała.

               – Nazwijcie ją Klotylda – pochmurnie odpowiedziała – albo jak tam chcecie. W sprawach socjalnych przyjmuję tylko po godzinach.

               – A co, jeśli będzie chłopiec? – dopytywał Skrzynecki.

               – Proszę wybaczyć, jestem zajęta – odpowiedziała Maria Chciwiecka – mam pilną sprawę.

               – Jeśli chłopiec – radził towarzysz Dziurski – nazwijcie go na moją cześć – Mikołajkiem… I nie pałętajcie mi się tu więcej pod nogami. Co mi do tego. Muszę pilnie zakończyć kwestię wagi opakowań.

               Pewnego razu Skrzynecki przybiegł do pracy, ciężko dysząc.

               – A jeśli będą dwojaczki, to jak mam je nazwać? – krzyknął na cały oddział.

               Urzędnicy stęknęli.

               – Do diabła! To się uczepił! Nazywaj jak chcesz! Dawid i Goliat, czy Brockhaus i Efron[1]. Doskonałe imiona.

               Jeśli chodzi o Brockhausa – to wyskoczył z tym Dziurski. To był dopiero dowcipniś.

               – Wy żarty sobie stroicie – żałośnie powiedział Skrzynecki – a ja dopiero co wysłałem żonę do zakładu położniczego.

               Trzeba sobie szczerze powiedzieć – komunikat towarzysza Skrzyneckiego na nikim nie zrobił wrażenia. Trwał bowiem ostatni miesiąc roku obrachunkowego i wszyscy byli zajęci.

               W końcu zdarzyła się ta niesamowita rzecz. Ród Skrzyneckich powiększył się o nowego członka. Szczęśliwy ojciec wybrał się do pracy… Rozpierała go duma. „Wejdę sobie, ot tak jakby nic się nie wydarzyło – przemyśliwał – a kiedy się na mnie rzucą z pytaniami, ja, jeśli mi się zachce, coś tam im opowiem”. Tak też zrobił. Wszedł, jakby nic się nie wydarzyło.

               – A! Skrzynecki! – krzyknął Dziurski. – No i jak tam? Wszystko skończone?

               – Skończone – odpowiedział młody ojciec zalewając się rumieńcem.

               – To dawaj ją tutaj.

               – Sęk w tym, że nie ją, a jego. Urodził mi się chłopiec.

               – A ty znów z tym swoim chłopcem! Ja o tablicy mówię!  Skończona już? Przecież ją trzeba w trybie pilnym zdać.

Skrzynecki ze smutkiem usiadł za biurkiem, żeby dokończyć tablicę. Wychodząc, nie wytrzymał i powiedział towarzyszce Marii:

               – Przyszła by towarzyszka tak czy siak. Popatrzeć na syna chociaż. On do mnie bardzo podobny. Osiem i pół funta waży, łobuz.

               – Trzy i ćwierć kilo – machinalnie rzuciła Maria Chciwiecka. – Wy będziecie, towarzyszu, dzisiaj na zebraniu? W sprawie protektoratu…

               – Słuchaj, Dziurski – powiedział Skrzynecki – chłopca mam! Zupełnie jak człowiek, brzuch i nóżki. A i uszy też. Oczywiście póki co dość malutkie. Może byś wpadł? Żona by się ucieszyła.

               – No, czas na mnie – westchnął Dziurski. – My tu ładunek organizujemy. Rozumiesz? Czasu, bracie nie mam. Ucałuj swoją córeczkę. – I uciekł.

               I tak tego dnia Skrzynecki nie zdołał nikogo namówić na złożenie wizyty nowonarodzonemu. Czas uciekał, syn przybierał na wadze, i rodzice zaczęli nawet plotki rozpuszczać, jakoby powiedział „agu”, co normalnie nie zdarza się dwutygodniowym noworodkom. Ale i ta sensacja nie zrobiła wrażenia na pracownikach z urzędu Skrzyneckiego. Wtedy zasmucony ojciec rzucił się na ostateczność. Przyszedł do urzędu jako pierwszy i na tablicy ogłoszeń wywiesił karteczkę:

BRYGADO

Obrady na temat syna Skrzyneckiego zaczną się dziś w mieszkaniu Skrzyneckiego o godzinie 18.00. Obecność towarzyszy: Dziurskiego, Kawałka, Zwanego, Chciwieckiej i Trzewika – OBOWIĄZKOWA.

               O trzeciej do Skrzyneckiego podszedł Trzewik i szepnął:

               – Słuchaj, Skrzynecki. Ja dzisiaj nie mam jak przyjść. Muszę na kółko iść,  a potem…. Żona chora…. Jak Boga kocham!

               – Nic nie wskórasz – chłodno odpowiedział Skrzynecki – wszyscy są zawaleni robotą. Ja być może też. Nie, brachu, przecież w ogłoszeniu jest jasno wyłożone: „Obecność obowiązkowa”…

Z określoną zwłoką, to jest równo o siódmej, członkowie brygady zziajani wbiegli do mieszkania Skrzyneckiego.

               –  Ostrożniej towarzysze – zauważył gospodarz – no ale już dobrze, siadajcie. Zaraz zaczniemy.

               I zaraz wprowadził do pokoju wózek, w którym z rozdziawioną buźką leżał brzdąc Skrzynecki.

               – Proszę bardzo – powiedział ojciec Skrzynecki – można oglądać.

               – A jaki jest porządek obrad? – zapytała Chciwiecka. – Najpierw patrzymy, a potem zadajemy pytania? Czy może na początku pytania?

               – Mogą być najpierw pytania – odpowiedział ojciec, tłumiąc nie opisaną radość.

               – Nie wyłożył by nam referent – zapytał Dziurski zwyczajnym dla siebie głosem – jakie są wskaźniki jakościowe rzeczonego obiektu?

               – Można słówko jeśli chodzi o porządek obrad? – przerwała, jak zawsze zresztą, aktywna Chciwiecka.

               – Czy nie zauważa się u dziecka znacznego niedoboru wagi, to znaczy braku przybywania kilogramów? – wstydliwie zapytał Trzewik.

I machina poszła w ruch.  Szczęśliwy ojciec nie nadążał odpowiadać na pytania.


[1]             Słownik encyklopedyczny Brockhausa i Efrona – pierwsza rosyjska encyklopedia powszechna wydana w 82 tomach podstawowych i 4 tomach uzupełniających.Encyklopedia była wspólnym przedsięwzięciem dwóch domów wydawniczych: lipskiego Brockhausa i petersburskiego Efrona.

Przekład opowiadania „Dalekie zimowe wieczory” Wasilija Szukszyna

Tak jak obiecałam podzielę się z Wami swoimi tłumaczeniami. Pierwszym z nich będzie tłumaczenie opowiadania Wasilija Szukszyna rosyjskiego pisarza, reżysera, aktora. Jego maksyma „Rodzime powietrze, ojczysta mowa leczą duszę” jest dla mnie nie tylko inspiracją, a również prawdą, w którą wierzę całym sercem. Stawiam pierwsze kroki w dziedzinie, którą nazywa się „przekładem”. Znane jest powiedzenie: „tłumacz jest zawsze kłamcą”. Postaram się nie nakłamać Wam zbyt dużo. W tłumaczeniu opowiadania „Dalekie zimowe wieczory” było dla mnie ważne to, by oddać klimat wsi. Mam nadzieję, że opowiadanie Wasilija Szukszyna spodoba Wam się. Proszę oczywiście o uwagi i pytania w komentarzach.

Wasilij Szukszyn

 

Wasilij Szukszyn

„Dalekie zimowe wieczory”

               Pod Moskwą toczą się trudne walki….

               A na obrzeżach dalekiej sybirskiej wioski krzykliwa dzieciarnia od samego rana rżnie w babki[1]. Tornistry z książkami walają się po ziemi.

               Wszystkich ogrywa znakomity Miszka Bosowiło – krępy chłopaczek w ogromnej czapce. Jego zbijak, jak mały pocisk, zbija z linii za jednym razem pięć babek. Miszka gra spokojnie, pewnie. Zanim zacznie zbijać, zdejmuje z prawej ręki rękawiczkę, smarka na drogę jak chłop, przymruża lewe oko… celuje… Wszyscy wstrzymują dech w piersiach i z zazdrością obserwują jego ruchy. Miszka robi krok… drugi… i raz! – zbił. Miszka ma babcię, a babcia ta, mówią, nad nim czary odprawia. Dziatwa podejrzewała, że zbijak Miszki jest zaczarowany.

               Wańka Kałakolnikow do obiadu przegrał z kretesem. Pod koniec, kiedy został z jedną babką, chciał się wycwanić: zaczął się wykłócać z Griszkom Konowałowym, że teraz jego kolej na zbijanie. Wtedy Griszka zaczął przekonywać do swoich racji.

– Chcesz w ryja zarobić? – zapytał Wańka

– Przecież ty za Pietką zbijasz!

– Nie, chcesz w ryja zarobić? – kiedy Wańka nie ma nic do powiedzenia, zawsze powtarza to samo.

Rozdzielili ich.

               Ostatnią babkę Wańka zaciskając zęby wystawił z bólem. No i przegrał. Potem stał z boku zły i posępny.

– Miszka, chcesz to odstawię ci „Barynje”[2] – zaproponował Miszce.

– Za ile? – zapytał Miszka.

– Za pięć sztuk.

– Dam trzy.

– Cztery.

– Trzy.

– Dobra, gnido, niech ci będzie – trzy. Kutwa jesteś Miszka!… Ja w życiu takich nie widziаł. Że ta ziemia cie nosi jeszcze!

– A no nosi, – spokojnie odpowiedział Miszka – Nie chcesz to nie. Sam sie przecie prosiłeś.

               Wszyscy stanęli w kółku. Wańka złapał się pod boki i ruszył w tany.  W trudnych momentach życia, kiedy należy poruszyć ludzkie serca albo kiedy trzeba odsunąć od siebie karzącą rękę, Wańka tańczy „Barynję”. I to jak tańczy! Dorośli mówią o nim, że jest jak aniołek z różkami – i do tańca i do różańca.

               Wańka ruszył z kopyta, śmiesznie zarzucając zadkiem. Wymachując nad głową wymyśloną chusteczką  kobiecym głosikiem wykrzykiwał: „Ej! Ej! Ejże ty!”. Na koniec Wańka stanął na rękach i szedł na nich ile mógł. Wszyscy boki zrywali.

               Wańka zrobił jakieś pięć kółek wokół chłopców i zatrzymał się.

– Dawaj co moje!

Miszka rzucił na śnieg dwie babki.

Wańka stanął jak wryty.

– Przecie umówiliśmy się na trzy!

– Starczy ci.

               Wańka przekręcił czapkę daszkiem do tyłu i powoli ruszył na Miszkę. Ten był już gotów. Wańka niespodziewanie przydzwonił głową w jego brzuch. Miszka upadł. Zawrzała zabawna bitka. Połowa stanęła za Wańką, reszta za Miszką. Utworzyła się mała zgraja. Ale nagle ktoś krzyknął:

– Pani idzie!

               Całą zgraję jakby wywiało. Połapali tornistry i każdy w swoją stronę. Wańka zdążył jeszcze złapać z ziemi kilka babek, przeskoczył przez płot i wyszedł na swoją drogę. Był rozgoryczony awanturą. Przy domu napatoczył mu się bałwan. Wańka przyłożył mu aż miło. Wysmarkał się na drogę, jak Miszka Bosowiło i wszedł do domu. Wrzucił tornister pod ławę, tam też cisnął czapkę. W izbie było zimno, więc postanowił nie zdejmować półkożuszka.

               Na zapiecku siedziała mała niebieskooka dziewczynka bawiąca się lalkami. Siostra Wańki – Nataszka.

– Wania przyszedł. – powiedziała Nataszka. – W szkole ty byłeś?

– Byłem, byłem. – odburknął Wańka zaglądając do szafki.

– Wańcia, a o kim wam opowiadali dzisiej?

– O ciepłych krajach. – Wańka zajrzał do miski stojącej na nalepie, potem do pieca. – Do szamania nic nie ma?

– Ni ma. – powiedziała Nataszka wracając do strojenia w różnokolorowe szmatki swojej lalki-drewnianej łyżki. Zaśpiewała cieniutkim głosikiem:

Miała Kasia Jasia
Za mąż brać sobie go;
Napisała pisemeczko,
Posłała do niego.

Nataszka śpiewała pieśń jakby kołysankę, ale melodii, nieznośnie ciężkiej i przygnębiającej nie kaleczyła. Wańka siedział za stołem i patrzył w okno.

Tak jej odpisali,
Iże już nie żyje,
Iże wczoraj roczek minął,
Jak już w ziemi gnije.

               Wańka nachmurzył się i zaczął brudnym palcem wodzić po niebieskich kratkach ceraty.

Głos Nataszki, jak czysty strumyczek, rozpływa się z góry po ciemnej, pustej izbie.

Zaprzągajcie konie
Do czarnéj karety,
Pojedziemy Jaśka szukać,
Musi być wyryty.

               – Starczy ci… To żeś się rozśpiewała. – powiedział Wańka. – Zaśpiewaj lepiej o Chas-Bułacie. Nataszka zaczęła:

Chrabry Chas-Bułacie….

Ale nagle urwała:

– Nie chce mi się o nim.

– Ach złośliwcze ty! To o Kaśce.

– Kaśce – kupieckiej córce?

– Aha.

– Też nie chce! Ja chce o Jaśku.

 Jak go wykopali,
Oba zapłakali,

               Wańka wstał, sięgnął pod ławę, wyciągnął tornister i usiadł na podłodze. Z torby wysypał babki i zaczął je liczyć. Robił wrażenie nad wyraz spokojnego; kątem oka spoglądał na Nataszkę.

               Nataszka ze zadziwienia najpierw oniemiała, a potem klasnęła w dłonie.

– Ha, a co to, w babki się grało? Tyś znowu w szkole nie był? Na pewno powiem mamie. Ale ci się dostanie, Wańka!

– … siedem, osiem… Możesz sobie gadać, wcale się nie boje… dziewięć, dziesięć…

– Nigdy się nie nauczysz – całe życie będziesz darmozjadem. A będziesz jeszcze żałował… Zając za miedze, a nie złapiesz.

               Wańka udaje, że dusi się ze śmiechu.

– … jedenaście, dwanaście… A to darmozjadem, mówisz, gorzej?

W sieni coś zaskrzypiało. Wańka złapał wszystkie babki i zamarł.

– Acha! – powiedziała Nataszka.

To tylko trzeszczy mróz.

Ale tak czy siak, babki trzeba gdzieś schować. Wańka wsypał je do starej walonki i wyniósł do sieni.

               I znów usiadł przy stole. Myśli skąd by tu wziąć ze trzy drewna do palenia. Dobrze by było rozpalić pod blachą. Matka przyjdzie, a w izbie będzie tak cieplutko, że na podłodze można spać. Oczywiście zdziwi się i powie: „A gdzieś ty, syneczku, drewienek, znalazł?” Wańka nawet wstał, tak mu się zachciało znaleźć te drewna. No drewien i tak nie ma, dobrze o tym wiedział.

               Nataszka już nie śpiewa, a kołysze lalkę.

               Leniwie płynie ponury, nudny czas.

               Za oknami zaczęło się ściemniać.

               Żeby już nie wracać do nieznośnie krążącej po głowie myśli o drewnie, Wańka po cichutku wstał, podkradł się pod zapiecek, podskoczył i głośno krzyknął:

– AAA!

– Oj! … No co ty wyprawiasz? – Nataszka zapłakała. – Aleś mnie wystraszył! O mało mi serce nie wyskoczyło…

– Mazgaja! – powiedział Wańka. – Beksa-lala! Oj nie przyniosę ci choinki. O, a ja wiem gdzie są takie cudne choineczki!

– W nos sobie wsadź swoją choineczkę! Mi mama przyniesie.

– A chcesz to ci „Barynję” odstawie?

               Wańka wziął się pod boki i jak nie ruszy po izbie…, ale jak ruszył – wysoko wywijając nogami w ogromnych walonkach.

               Nataszka zaśmiała się.

– Ale z ciebie przygłup, Wańka! – powiedziała rozmazując po twarzy łzy. – I tak powiem mamie, jak żeś mnie wystraszył.

               Wańka podszedł do okna i zaczął chuchać na zamarznięte okno, tak żeby zobaczyć drogę.

               W izbie było cicho, mrocznie i pusto. I zimno.

– Wańcia, opowiedz no jak to żeście wilka widzieli. – poprosiła Nataszka.

Wańce nie chce się opowiadać – już mu się to znudziło.

– No jak… Widzieli i tyle.

– Ale jesteś!

Znów milczą.

– Wańcia, a ty byś teraz nie pojad żytnich podpłomyków? Takich ciepluśkich. – ni z tego ni z owego pyta Nataszka.

– A ty?

– O! Ja to bym zjadła.

Wańka się śmieje. I Nataszka się śmieje.

W tym czasie pod oknem zaskrzypiały lekkie kroki. Wańka skoczył na równe nogi i wybiegł przywitać mamę.

               Nataszka zakręciła się w kufajce jak w sidle – żadnym sposobem nie może zleźć z zapiecka.

– Wańcia, zsadź mnie… no, Wańcia! – prosi ona.

Wańka przebiegł obok z krzykiem:

– A ja żem pierwszy usłyszał!

Mama w ogrodzie zdejmowała ze sznurka przemarzniętą bieliznę. Na śniegu obok niej leżał tobołek.

– Mamcia, co tam masz?

– Zanieś do izby. Znów rozchełstany wyskakujesz!

               W izbie Nataszka nóżką kopie w napęczniałe drzwi i ryczy – nie może ich żadnym sposobem otworzyć. Zobaczywszy Wańkę z tobołkiem płakać przestaje i próbuje złapać za tobołek – chce pomóc bratu.

               Razem podchodzą do stołu, szybciutko rozwiązują węzełek – a tam: trochę mąki i kawałek surowego mięsa. Lekkie rozczarowanie – nie ma nic do podjedzenia na szybko.

               Mama  rzuciła bieliznę w sieni i weszła do izby. Na pewno, była zmarznięta i zmęczona po całym dniu. Ale i tak się uśmiecha. Jej głos, tak bliski sercu i wesoły napełnił od razu całą izbę: tak jakby wcale nie było w niej zimno i pusto.

– No jak tam? … Talcia (ona tak nazywa Nataszkę). No jak, opowiadaj,  moja gosposiu kochana.

– Och mamusiu-mamciu! – Nataszka klasnęła – Wańka w tornistrze babki trzyma. Widziałam jak liczył.

Wańka patrzy w wielkie niebieskie oczy siostry i głośno protestuje:

– No i po co łżesz?! Mamuś, no żeby ona nie kłamała nigdy…

               Nataszka z osłupienia aż otworzyła usta, i spojrzała bezradnie na matkę: takiej obrzydliwej bezczelności nie była w stanie jeszcze zrozumieć.

– Mamusiu, no przecież je miał! On je wyniósł do sieni. – Mało co się nie popłacze. – Ty do sieni to kogo odniosłeś?!

– Nie kogo, a co. – odgryza się Wańka. – To jest przecie nieożywiony przedmiot.

               Mama udaje, że złości się na Wańkę.

– Oj pokaże mu babki! Tak mu pokaże, że popamięta te babki na długo.

               Ale teraz babki matkę najmniej interesowały – Wańka doskonale to rozumie. Teraz zaczyna się małe świętowanie – będą lepić pielmieni[3].

– A drewienek to u nas żadnych już nie ma? – pyta matka.

– Ni ma. – powiedział Wańka i uczynnie wlazł na ławę[4]  sięgając za dzieżą. – Do mięsa ziemniaki będziemy dodawać?

– Odrobinkę trzeba.

Nataszka szuka na piecu wałka.

– Obiecał Filip bierwiono z jedno przywieźć… no nie wiem.. może i przywiezie… – mówi mam zagniatając w dzieży ciasto.

               Teraz to dopiero zaczęło się życie. Każdy ma swoje zadanie. Stukają, trzaskają, gawędzą… Mama opowiada:

– Jedziemy sobie z sianem, paczym: a na drodze leży lisica. Leży sobie tak w kłębuszek zwinięta i rób co chcesz – nie złazi, przeklęta. Ciut-ciut koń nie zdepcze. Tak się oswoiły te lisy.

               Nataszka słucha z odkrytą buzią. A Wańka spokojnie mówi:

– To dlatego, że wojna idzie. One są zawsze odważniejsze jak wojna jest. Nie ma komu ich wystrzelać – no i łażą po drogach. Rudzielec zapewne?

…Mięso jest już zmielone. Ciasto też gotowe. Siadają w trójkę i zabierają się za lepienie. Nataszka wycina kółeczka, a mama z Wańką zawijają w nich mięso. Nataszka bardzo się stara, aż przygryza wargi; cała się wypaćkała w mące. Ona nawet nie wie, że te małe placuszki można sobie podpiec na blasze, tak że będą chrupać i rozpływać się w ustach. Jeśli by tylko paliło się pod blachą. Wańka na pewno znalazł by sposobność, żeby kilka sobie podpiec.

– Mamo, a ona to ma dzieci? – pyta Nataszka.

– Kto, córeczko?

– No ta lisica.

Wańka prychnął.

– A jak to niby się rozmnażają według ciebie? – pyta Nataszkę.

Nataszka go nie słucha – naburmuszyła się.

– Ma dzieciaczki, – mówi mama – malutkie… liski.

– A jak oni, nie zamarzną?

Wańka głośno wybuchnął śmiechem:

– O, nie mogę! – krzyczy – A futerka to po co mają?!

– Nie wymądrzaj się! – mówi Nataszka – Darmozjad!

– Nie wolno tak na brata mówić, córeczko. To bardzo nie ładnie.

– On się nigdy nie nauczy, – mówi Nataszka, groźnie patrząc na Wańkę – Potem zobaczy.

– Jutro podejdę do nauczycielki, – powiedziała matka i też surowo popatrzyła na Wańkę, – dowiem się co i jak…

Wańka ze skupieniem wpatruje się w stół i kręci nosem.

Mama popatrzyła w ciemne okno i wzdycha.

– Oszukało nas Filipsko… parszywiec diabelski! Pójdziemy synek w młodnik.

               Wańka szybko sięga z pieca drelichowe spodnie, puchate rękawice, kufajkę. Matka też ciepło się ubiera. Przekonuje Nataszkę:

– My teraz, córeczko, szybcikiem pójdziemy do lasu. Dobrze?

Nataszka patrzy na nich i milczy. Nie chce zostawać sama.

               Mama z Wańką wychodzą na drogę, pod oknem specjalnie głośno rozmawiają, tak żeby Nataszka słyszała. Matka podchodzi jeszcze do okna, stuka i mówi:

– Talcia, zaraz wracamy. Nie bój się, kochana!

               Nataszka coś tam odpowiada – nie można zrozumieć co.

– Boi się, – powiedziała mama – Kochana moja… – Odwróciła się i przetarła rękawiczką oczy.

– One wszystkie takie same, – wyjaśnia Wańka.

               … Schodzą po stromym brzegu rzeki. Na odkrytym terenie szaleje okropny wiatr. Wańka próbuje się od niego uchronić: idzie bokiem, tyłem, a twarz i tak szczypie – jak od ognia.

– Mamo, zobacz! – krzyczy.

               Mama ogląda jego buzie, boleśnie rozciera szorstką rękawiczką jego policzki. Wańka cierpi.

               Za to w lesie jest ciepło i cicho. Zadziwiająco cicho, jak w jakiejś sennej bajce. Zgrabne brzózki milcząco obstąpiły nieznajomych i czekają.

               Wańka pomknął pierwszy po głębokim śniegu i wybrał sobie jedną, uderzył obuchem w jej gibkie ale mocne ciało. Z góry rumotnęła wielka chmura śniegu. Wańka chciał odskoczyć, ale utknął w śniegu i wpadł w zaspę, jak w miękką pościel. Mama śmiejąc się mówi:

– No, wstawaj!

               Kiedy Wańka się otrzepuje, matka udeptuje śnieg wokół brzózki. Potem zdjąwszy rękawicę, uderza pierwszy raz, potem drugi i trzeci… Brzózka cicho drży i sypie maleńkimi błyszczącymi śnieżynkami. Stal siekiery raz za razem chciwie wbija się głębiej i głębiej w biały uparty pień, wyrzucając spod siebie zimne iskry.

               Wańka też próbuje rąbać kiedy mama odpoczywa. Niestety po dziesięciu czy dwunastu uderzeniach fala gorąca zachodzi mu na oczy. Gładka siekiera wypada z rąk.

               Znów rąbie mama.

               Brzózka zaskrzypiała żałośnie i upadła na bok.

               Ścieli jeszcze jedną – nieco mniejszą – dla Wańki, i zarzuciwszy je na ramiona wyszli na drogę. Najpierw szło im się lekko. Nawet wesoło. Cienki koniec brzozy ciągnie się po drodze i brzózka przytłumionym głosem śpiewa koło ucha. Przed Wańką majta się koniec brzózki, którą niesie mama. Wańkę przezwycięża ochota nadepnięcia na niego. Podbiega i przyciska brzózkę nogą.

– Wańka, nie psoć!

Idą.

Brzózka jęczy i gnie się w takt kroków, ciążąc na ramieniu. Wańka zatrzymuje się, przekłada ją na drugie ramię. Szybko zdrętwiało i to. Wańka co i rusz zatrzymuje się i przekłada pień brzózki z ramienia na ramię. Zrobiło się gorąco. I droga ciepłem dyszy w twarz.

– …siem siedem, siem osiem, siem dziewięć … – szepcze Wańka.

Idą.

– Zmęczyłeś się? – pyta matka.

– Jeszcze nie… Dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt osiem… – Wańka przygryzł wargi i niesłychanie głośno pociągnął nosem. – Dziewięćdziesiąt dziewięć, sto! – Wańka zrzucił brzózkę z ramienia i z przyjemnością rozwalił się na drodze.

               Matka podnosi go i razem siadają na brzózce. Wańka ma ochotę się położyć. Proponuje:

– Mama, połączymy brzózki razem, to się na nich położę, jeśli tak bardzo się boisz, że zachorzeje.

               Matka go tarmosi i przytula do cieplej piersi.

– Oj mężczyzno ty mój mały, mężczyzno… Przecierp jeszcze troszke. Za dużą myśmy ci ucieli. Trzeba było mniejszą.

Wańka milczy. I milczy Wańki duma.

Mama myśli na głos:

– Ciekawe jak tam nasza Talcia? … Płacze pewnie?

– Pewnie, że płacze – mówi Wańka. Zna ja jak własną kieszeń.

               Jeszcze przez chwile siedzą.

– Ojcu naszemu też pewnie ciężko tam… – W zamyśleniu mówi mama. – A nuż w śniegu tam siedzą, kochani… Mogli by chociaż zimą nie walczyć.

– Tera to już się nie zatrzymają. – wyjaśnia Wańka. – Jak raz zaczeli to i nie skończą póki szkopów nie wybiją.

               Jeszcze z minutę posiedzieli.

– Odsapnąłeś?

– Odsapnąłem.

– To idźmy z Bogiem.

               Było już całkiem ciemno kiedy dotarli do domu.

               Nataszka nie płakała. Nałożyła sobie do miski surowych pielmieni, zdjęła z pieca dwie lalki i posadziła je przed miską. Jedną lalkę usadziła trochę dalej, a drugiej, tej bliżej z czułością mówiła:

– Jedz, moja kochana córeńko, jedz! A temu darmozjadowi nic nie damy dzisiej.

… Wańka z matką szybko przepiłowali brzózkę; Wańka po ciemku narąbał drewna, a matka w tym czasie rozpaliła po blachą.

               Wańka z Nataszką siedzą przy blasze.

Ogień wesoło tańczy w piecu; cienie, jak małe kocięta, skaczą po podłodze. Wańkę ogarnęła błoga cisza. Nataszka ułożyła się na jego kolanach i też milczy. Po izbie rozlewają się rozkoszne fale ciepła. Nataszkę bierze sen. Wańkę też. Z blachy jeszcze ciut-ciut paruje woda. Matka tnie materiał i od czasu do czasu budzi dzieciaki i opowiada:

– Przyjdzie Nowy Rok, zetniemy jeszcze sobie choineczkę, taką fajniutką choineczkę…. Talcia, słyszysz? Nie śpijcie, moje kochane. I zetniemy tą choineczkę, ubierzemy ją pięknie w szyszki różne, zabaweczki, w różne zajączki. I będzie ona taka śliczna u nas stała…

Wańka chce posłuchać, ale ciągnie go coś za ramiona w dół, na podłogę. Sprzeciwia się, ale słabo. Głos matki dochodzi skądś, z daleka. Wydaje mu się, że znów są w lesie, że on leży w śniegu i milczy. To dziwne, że w śniegu jest tak ciepło.

… Rozbudzić ich było niełatwo. Kiedy Wańka wyrwał się z ciężkiego, słodkiego snu, mama mówiła:

– … Cóż to za sen zmorzył moich kochanych… moje malutkie osóbki. Ach ten sen!

               Wańka potykając się idzie do stołu. Na talerzu parują gorące pielmieni, ale to już tak nie cieszy. Jeść się wcale nie chce. Nataszka nie chce się przebudzić. Uparta jest jak ta lisica. Mama usadza ją, śpiącą, za stołem. Nataszka kicha i uporczywie chce usnąć. Mama się śmieje. I Wańka się uśmiecha. Jedzą.

Po jakimś czasie Wańka oświadcza, że najadł się do syta. Ale mama namawia go by jeszcze pojadł.

– Siebie oszukujesz… a nie mnie – mówi.

… Po kolacji Wańka śpiący, ze spuszczoną głową, stoi przed matką. Ciepłe matczyne ręce przekręcają Wańkę: krawiecki centymetr owija się wokół jego szyi, piersi – szyje mu się nowa koszula. Centymetr jest zimny. Wańkę przechodzą dreszcze.

               Wańka wlazł na ławę i ledwo ułożył głowę na poduszce – zasypia. Nataszka też już śpi. Ze ściśniętym w jednej rączce pielmieniem.

W ostatnim momencie Wańka słyszy turkot maszyny do szycia. Jutro do szkoły pójdzie już w nowej koszuli.

Przełożyła Anna Jurek

[1] Babki – gra podwórkowa z użyciem babek – czyli figurek wykonanych ze zwierzęcych kości; gra polega na umiejętnym zbijaniu babek przy nakreślonej linii jak najmniejszą ilością zbijaków (których rolę pełnią największe z babek).

[2] Rosyjski taniec ludowy. Taniec zazwyczaj nie ma ustalonej choreografii i polega głównie na fantazyjnym tupocie i kucaniu, połączony jest zazwyczaj z satyrycznym wierszem ludowym.

[3] Pielmieni to rodzaj małych pierożków (podobnych do naszych uszek) z mięsnym nadzieniem, które to są bardzo popularne za nasza wschodnią granicą. Oryginalnie pochodzą one z Syberii.

[4] w chatach zazwyczaj miejsce do spania dla dzieci i młodzieży. Szerokie ławy zbiegały się w kącie położonym naprzeciw pieca.

Post Navigation

INSAJDER PL

[ɪnˈsaɪdəʳ] osoba dobrze poinformowana

1/100 sekundy

Fotografia to kęs życia trwający 1/100 sekundy

Books & Beauty

Blog tworzony z miłości do książek

w ostateczności

Czekając na koniec.

życiapoezja

Wiersze. Wiersze z nocy, z wieczorów, od serca.

34 minuty

Historia Prawdziwa Wiecznej Dziewczynki & Jej emocjonalne głupotki

Introweska

Anomalie życiowe

Z najniższej wieży

Poeta sum et nihil humanum a me alienum puto

stoicki blog

Stoiqowe przemyślenia

Błogoksiąg

O książkach i słowach. Bo to moje życie, praca i pasja.

Obserwatorium podróży

Podróże, tanie wyjazdy, góry. Recenzje książek i filmów oraz relacje ze spotkań podróżniczych.

Góry bliskie sercu

Sudety i ich skarby - atrakcje i szlaki

Różne pasje

każdy znajdzie coś dla siebie

nianioborntobewild.wordpress.com/

Blog parentingowo-lifestylowy

Dermatolog dla Afryki

Anna Chałupczak- Winiarska

Smakowita Podróż

Zasmakuj z nami Italii

Jaśkowe klimaty

blog rodzicielski

Witam Przyjaciół z Fotki.

GRZECZNY DIABEŁEK 2

kayab92's Blog

Just another WordPress.com site

Moja Komnata

Moje Ulubione

tkliwygie

surrealizm i miłość awangardą cudu.

Leya

To See a World in a Grain of Sand...

Magic and Crochet Hook

szydełkowanie, crocheting, crochet, robienie na drutach, knitting, jak to zrobić, how to make, wzory, schematy, patterns, sploty tunezyjskie, tunisian crochet

365 dni w obiektywie LG

365 days a lens LG

Mama na 5 etatach

"Dla naszych dzieciaków miłość oznacza poświęcony im czas. " Ph. Callaway

Anna Maria po polsku

Love Explore Dream Discover

Irydowy Vujek

UWAGA! Blog zawiera krytyczne myślenie oraz śladowe ilości orzechów arachidowych! Czytasz na własną odpowiedzialność!

pracownia grafiki

Jolanty Waniowskiej

made by me

Krystyna Waniczek

REMANENT

super ekstra bez zaburzeń

notatki na mankietach

mysli szybkie, mysli smiale, wszystkie mysli duze i male...

stella2605

Irracjonalne podejście do świata daje racjonalne odpowiedzi. Ludzie, uczucia, szczęście... Świat nie jest czymś oczywistym. Żeby znaleźć w nim sens samemu trzeba zadać kilka pytań po czym iść i szukać odpowiedzi. ~~ me.

Srebrzysta

Po srebrzystej stronie lustra

Maybrick's Photography

Beautiful British Isles.

Miss Attitude

z książką w ręku

Ciemno trochę

trochę myśli nocą pisanych